czwartek, 20 listopada 2014

110. Wogólowe fotostory

Dzisiaj wpis raczej w formie ciekawostki. Jestem zakochana w pluszowych wogólach, które uszyła Pracownia Wiewiur (http://pracowniawiewiur.blogspot.com/). Jeden z nich ma złośliwy grymas, a drugi uśmiechniętą mordkę. Nie należą do mnie, ale pewnego dnia zobaczyłam na facebooku fotohistoryjkę (rodem z Bravo, jeśli ktoś jeszcze pamięta stare trendy).



A kiedy umierałam z rozczulenia zobaczyłam ciąg dalszy.


A kiedy już umarłam od uroku wogólich paputków w górze zobaczyłam to:




***

A tak w ogóle mam na podorędziu wydrukowane kalendarze, w Gindie (http://gindie.pl/) te kalendarze również można zamawiać na bieżąco - więc polecam gorąco, bo bawimy się w profesjonalną sprzedaż w tym roku jak widać. : D


poniedziałek, 3 listopada 2014

109. Bot

Jeśli przeglądacie mojego fanpejdża (https://www.facebook.com/pages/Tak-bardzo-%C5%BAle/124506570998996) kojarzycie pewnie spam, jaki otrzymałam od bota - który ku mojej radości próbował ułożyć zdania w języku polskim. Otrzymaliśmy dzięki temu tekst, którego nie powstydziłaby się sama Coma, a ja odgrażałam się, że go zilustruję. No i nadszedł ten dzień:




***

A tak w ogóle to całkiem niedawno byłam w Sosnowcu na Porytkonie. Póki co chwaliłam tutaj wszystkie konwenty, na których zdarzyło mi się być - i to nie dla zasady, tylko z faktycznego podziwu.  Porytkon niestety zepsuje mi statystyki.
Zaczęło się od tego, że w ogóle nie odnaleziono mnie na liście twórców atrakcji (mimo że została przyjęta i uwzględniona w informatorze) a do tego zabrakło dla mnie identyfikatora. Po co drukować wystarczająca liczbę identów dla twórców, prawda? No ale to drobna bzdura, poszłam więc dalej.

Spotkałam się ze swoimi znajomymi na miejscu, a chwilę przed 19 udałam się do mojej sali. Rzutnik nie był niestety uruchomiony, ale z pomocą organizatora technicznego ogarnęliśmy to lekko spóźnieni. Niby mogę zaczynać, ale gdzie ołówki i kartki? Na pewno gdzieś tu są, przecież jeszcze kilka dni temu organizator mnie zapewniał o ogarnięciu materiałów, o które prosiłam... Okazało się jednak, że... nikt nie był za nie odpowiedzialny. A właściwie odpowiedzialność była przerzucana na randomowe osoby, co w praktyce pokazuje, że nikt tego w ogóle nie przemyślał. Wyglądało to, jakby moje warsztaty były w zasadzie problemem, a uczestnicy rysowali spontanicznie pożyczonymi długopisami, co na pewno nie jest najlepszym narzędziem do ćwiczeń.
W warsztatach uczestniczyło 7 osób, na co nie narzekam, bo gdyby przyszła jeszcze jedna, zabrakłoby długopisów.

Po swoich zajęciach wróciłam do domu. Straciłam pół dnia, nerwy i pieniądze na transport, bo zwrotów oczywiście nie ma. Organizatorzy Porytkonu już zapewniają, że następna edycja będzie robiona przez innych ludzi i zdają sobie sprawę z błędów. Życzę im wszystkiego dobrego, ale nie będę z tego powodu zakłamywać rzeczywistości - było słabo i nie dziwię się, że połowa atrakcji w ogóle się nie odbyła przy takim chaosie.

Z plusów - spotkałam Rynn i kupiłam sobie od niej wypaśny wisiorek.

***

Dawno nie dzieliłam się tutaj muzyką i myślę, że warto do tego wrócić, a to za sprawą znakomitej wokalistki jazzowej, Moniki Borzym. Jeszcze niedawno nie miałam pojęcia kim ona jest, teraz dodaję jej utwory do ulubionych na Spotify. ; ) Obczajcie, naprawdę coś niebanalnego.



poniedziałek, 29 września 2014

108. Informatycy, Copernikon i kalendarz

Na początku parę słów o trudach bycia w związku z informatykiem.



True story. Mój mężczyzna za to wydzwania po pizzeriach i zgłasza do działu IT uwagi związane z systemem zamówień.

***

Przydałoby się napisać parę słów o Copernikonie, który odbył się tydzień temu. Toruń jest przepiękny i zawsze cieszę się, kiedy mogę tu być, ale wizja ośmiogodzinnej, samotnej podróży zawsze jest dość przygnębiająca.

Sam konwent mocno dawał radę, a program był przeładowany ciekawymi panelami. Ja kręciłam się po post-apokaliptycznych prelekcjach, gdzie prowadzący chyba lepiej od wszystkich lekarzy tego świata namówił mnie na dbanie o zdrowie. Po wybuchu apokalipsy przecież nie będzie już takiej możliwości! ; ) Odhaczyłam też panele muzyczne, o Doctorze Who (gdzie wodziłam zachwyconym wzrokiem po przebierańcach) czy komiksowe. Po raz pierwszy w życiu zagrałam w iGranie z Gruzem i muszę przyznać, że nie mogę się doczekać kiedy przyjdzie w końcu mój egzemplarz. Na planszy jest sześciomiesięczny timeline. Zupełnie niepotrzebny, i tak najczęściej przed upływem czterech miesięcy gracze umierają z głodu bądź z bezdomności. Niezmiernie podoba mi się idea śmierci z bezdomności.

Pewnego razu zagadał mnie jakiś człowiek, wyciągając Kartki z Datami i prosząc o autograf - ale nie byle jaki autograf. Poprosił mnie o pierogobobra, którego postarałam się jak najlepiej odwzorować z pamięci poniżej.
Sam Copernikon, coby tu dużo mówić, bardzo mi się podobał. Czasami jedynie niektóre panele miały zaklepane zdecydowanie zbyt małą salę jak na swoje potrzeby - tak jak prelka Doktorowa, której prowadzący zaprowadził nas na dwór, gdzie mogliśmy się w końcu wygodnie pomieścić. Tylko serce boli na myśl o odległości. A Toruń jest prześliczny, wbrew propagandzie mieszkańców Bydgoszczy. ; )

***

A swoją drogą na blogu jeszcze nie wspominałam o kalendarzu! Tworzenie ilustracji jest już na wykończeniu. To moja część rysunku z okazji Halloween, gdzie jestem przebrana za popuszczającego Wogóla (sami mnie o to poprosiliście na fanpage):

A tutaj okładka:


Przedsprzedaż jeszcze chwilę potrwa, kalendarze można zamówić tutaj: http://gindie.pl/sklep/kartki-z-datami-przedsprzedaz/ Z ręką na sercu polecam, dajemy z siebie wszystko!